Deco Mariage

Z kryzysem poradziliśmy sobie nieźle

Strona główna » Artykuły eksperckie » Z kryzysem poradziliśmy sobie nieźle

Nawet jeżeli ktoś powie, że kryzys jest w głowach, to nie znaczy, że go nie ma. Wystarczy, żeby kryzys był w głowach, a pojawia się naprawdę. Wpływa to bowiem na stan nastrojów, a w konsekwencji na załamanie poziomu zaufania - mówi Witold Orłowski, partner w PwC

Choć mija właśnie piąta rocznica upadku banku Lehman Brothers, to trzeba pamiętać, że kryzys zaczął się już dużo wcześniej, bo już w latach 90., gdy światowe gospodarki zadłużały się, a sprytni finansiści umiejętnie ukrywali rzeczywisty stan zadłużenia, inwestując w instrumenty pochodne.

Kryzys zaczął się przyjemnie

Wielu z nas przejrzało na oczy dopiero po 2008 r. Wcześniej mieliśmy przyjemną fazę kryzysu, którą można porównać do upijania się. Zaczynało przyjemnie szumieć w głowach, byliśmy w dobrych nastrojach. Od pięciu lat mamy natomiast nieprzyjemną fazę kryzysu - na jaw wyszła skala tego zadłużenia.

Polacy są rozgoryczeni ostatnią połową dekady. Od upadku banku Lehman Brothers dochody nie rosną tak szybko jak poprzednio. Ale zapominamy, że one cały czas rosną. Oprócz Słowacji jesteśmy jednym z nielicznych krajów Europy, USA czy OECD, gdzie dochody stale rosły.

Kryzys w głowach

Nawet jeżeli ktoś powie, że kryzys jest w głowach, to nie znaczy, że go nie ma. Wystarczy, żeby kryzys był w głowach, a pojawia się naprawdę. Wpływa to bowiem na stan nastrojów, a w konsekwencji na załamanie poziomu zaufania.

W tym czasie nie mieliśmy ani załamania waluty, ani rynku. Co nie znaczy, że nawet w kryzysie taki szczęśliwiec jak Polska może czuć się beztrosko i bezpiecznie.

Ponieważ ten kryzys był wywołany nadmiernym zadłużaniem się, w mojej opinii skończy się on wtedy, gdy zacznie się delewarowanie, czyli innymi słowy - skala zadłużenia nie będzie rosła i zacznie ono spadać. Tymczasem w ciągu tych ostatnich pięciu lat skala zadłużenia w skali świata znacząco nie spadła, tyle tylko, że przestała rosnąć.

Zastrzegam, że nie wiem, jak duży powinien być to spadek, żeby mówić, że gospodarka jest już zdrowa.

Należy podkreślić, że Polska na tle świata nie jest mocno zadłużonym krajem. I to zarówno w sensie długu publicznego, jak i zadłużenia gospodarstw domowych. Ale nie jest to jakaś nasza wielka zasługa - to cecha krajów rozwijających się, że są mniej zadłużone.

To się prędko nie skończy

Moim zdaniem kryzys będzie jeszcze trwać długo - premier ogłosił, że się skończył, co jest prawdą i nieprawdą. Prawdą w tym sensie, że kończy się obecna jego fala, czyli zagrożenie bankructwami europejskich krajów. Ale z drugiej strony są jeszcze ryzyka na świecie, chociażby płynące z Indii, ryzyko wybuchu inflacji wywołane przez dodruk pieniędzy.

Pieniądze unijne będą stymulować naszą gospodarkę jeszcze kilka lat, ale pytanie, co potem. Za siedem lat strumień pieniędzy wyschnie i albo nasza gospodarka będzie w stanie rosnąć sama, np. dzięki gotowej infrastrukturze czy sile polskich firm, które będą eksportować towary za granicę, albo nam wyhamuje.

Mamy powody do zadowolenia

Przyglądając się temu, jak minęło tych pięć lat w Polsce, to myślę, że mamy powody do zadowolenia. Jak mówić o kryzysie, gdy w ciągu tych pięciu lat nasz PKB wzrósł o 20 proc.? Oczywiście gdyby nie spowolnienie, moglibyśmy mówić może o 30-40 proc.

W ciągu tych pięciu lat mieliśmy dużo szczęścia, ale i pomogły nam okoliczności, bo kryzys nałożył się na górkę napływu funduszy unijnych, a nasza gospodarka okazała się bardzo elastyczna, np. dzięki temu, że mieliśmy własną walutę.

I mimo całej krytyki, jaka spływa na rządzących, nie popełniliśmy żadnych rażących błędów, które mogłyby doprowadzić do kryzysu. Spisał się zarówno rząd, jak i bank centralny. Przeszliśmy te pięć lat w niezłej formie mimo dużego zagrożenia. Myślę, że mamy powody do zadowolenia. Szczęście sprzyja lepszym, ale to nie jest gwarancja na przyszłość.